ostatnie zdjęcia Ojca Pio

Serwis wyszukanych haseł

Dopadła Cię świńska grypa AH1N1 ? Leż w łóżku i gr

[quote="meritus"]Kabaczku jeżeli modlisz się do obrazu, to twój problem, z którym powinieneś rychło się uporać. Katolicy do obrazów się nie modlą.

akurat z tym się nie zgodzę ,znam mnóstwo starszych pań katoliczek które poza "matką bożą i papieżem " nic więcej nie widzą skoro nie czczą obrazów, to dlaczego przed nimi klęczą i się w nie wpatrują . Dlaczego kupują za ostatnie pieniądze jakieś obrazy i wierzą że dzięki tym obrazką podobno można wyzdrowieć tylko trzeba się do nich modlić np ; obrazek z jakąś zakonnica lub zdjęcie ojca Pio i tym podobne.

Ja do niczego sie nie modlę bo nie można modlic się do czegoś .Lecz do kogoś :
MATEUSZA 23:9 "JEDEN JEST OJCIEC WASZ NIEBIAŃSKI"

23 wrzesień Wspomnienie Świętego Ojca Pio

Dziś 23.09.2008 r. mija 40 lat od śmierci Świętego Ojca Pio.



"Czy boisz się śmierci?" - zapytał niespodziewanie Ojca Pio jego współbrat o. Romolo. "Nie!" - padła zdecydowana, spokojna odpowiedź. Faktycznie, Padre Pio nie bał się śmierci, był na nią zawsze przygotowany. Kilka lat przed śmiercią przepowiedział (w rozmowie ze swym przyjacielem Pietruccio), że umrze w wieku 82 lat. Jak wyglądały ostatnie chwile błogosławionego kapłana-stygmatyka? Oto wspomnienia ojca Pellegrino, który czuwał przy Zakonniku z Pietrelciny do końca.

Ostatnia Msza św. w życiu Ojca Pio. 22 września 1968 r. po odprawieniu Mszy św. wyczerpany Ojciec Pio osunął się w ramiona współbraci.

Do północy Ojciec Pio wzywał mnie pięć lub sześć razy. O północy jak zalęknione dziecko błagał: "Mój synu, pozostań ze mną!" i wiele razy pytał o godzinę. Patrzył na mnie z błaganiem w oczach i ściskał mi ręce.

Później, jakby zapomniał o tym, która jest godzina, pytał: "Czy dzisiaj odprawiałeś Mszę świętą?" Uśmiechając się, odpowiedziałem: "Ojcze duchowny, to jeszcze za wcześnie, by odprawić Mszę świętą". A on odpowiedział: "Dzisiaj rano ty za mnie odpraw Mszę świętą". A ja: "Każdego ranka odprawiam ją w Ojca intencji".

Następnie poprosił o spowiedź i po wyznaniu grzechów powiedział: "Synu mój, jeśli dzisiaj Pan wezwie mnie do siebie, to proszę wszystkich moich współbraci o przebaczenie wszelkich przykrości, które im sprawiłem. Proś także współbraci i moich duchowych synów o modlitwę za moją duszę".

Odrzekłem: "Ojcze duchowny, jestem pewien, że Pan pozwoli ci jeszcze długo żyć, ale gdybyś miał rację, to czy mogę cię prosić o ostatnie błogosławieństwo dla współbraci, dla duchowych synów i dla chorych?" A on: "Tak, błogosławię wszystkich, ty natomiast poproś także przełożonego, aby mi udzielił swojego ostatniego błogosławieństwa".

Była godzina pierwsza w nocy, gdy powiedział: "Słuchaj, synu mój, leżąc w łóżku nie mogę dobrze oddychać. Pomóż mi wstać. Na krześle będę mógł lepiej oddychać". Tej nocy ze zdziwieniem zauważyłem, że chodził prosto i szybko jak młodzieniec i nie trzeba go było podtrzymywać. Wychodząc ze swojej celi, powiedział: "Chodźmy na chwilę na taras". Po pięciu minutach zapragnął wrócić do celi. Gdy chciałem go podnieść, powiedział: "Nie mogę tego zrobić". "Ojcze duchowny, nie martw się" - powiedziałem dodając mu otuchy i podsunąłem wózek, aby usiadł. Wziąłem go za rękę i chciałem posadzić na krześle, jednak on podniósł się sam.

W celi usiadł na fotelu, a wskazując ręką i wzrokiem na wózek, powiedział: "Odstaw go poza celę". Kiedy wróciłem do celi, zauważyłem, że zaczął blednąć. Na jego czole pojawił się zimny pot. Przeraziłem się widząc, że jego wargi sinieją. Ciągle tylko powtarzał coraz bardziej słabnącym głosem: "O Jezu, o Maryjo".

Chciałem zawołać kogoś ze współbraci, ale zatrzymał mnie mówiąc: "Nie budź nikogo". Odbiegłem kilka kroków od jego celi, ale zawołał mnie powtarzając: "Nie budź nikogo!" Odpowiedziałem błagalnie: "Ojcze duchowny, pozwól mi tym razem zrobić, co chcę". Pobiegłem do celi o. Mariana, lecz widząc otwarte drzwi o. Guglielma wszedłem, zaświeciłem światło, obudziłem go, wołając: "Ojciec źle się czuje!" O. Guglielmo szybko wstał i błyskawicznie dopadł celi Ojca Pio, ja zaś wezwałem telefonicznie doktora Salę. Po 10 minutach zjawił się lekarz, a widząc stan chorego, zrobił mu zastrzyk.

Ojciec coraz słabszym głosem, coraz wolniej poruszając ustami, coraz ciszej powtarzał: "O Jezu, o Maryjo".

Przybyli lekarze wezwani ze szpitala przez dra Salę, Mario Pennelli, siostrzeniec Ojca Pio; wezwałem także gwardiana i innych zakonników. W czasie zakładania przez lekarzy maski tlenowej, o. Paolo udzielił Ojcu Pio Sakramentu Namaszczenia Chorych. Wokół klęczeli modlący się zakonnicy.

Około 2.30 Ojciec Pio słodko skłonił głowę i wydał ostatnie tchnienie.

(z: Arch. P. Pio, San Giovanni Rotondo, przełożyła K. Kolbusz)
Zdjęcie: archiwum "Głosu Ojca Pio"

Manoppello - Miasto
Manoppello to niewielkie, bo liczące zaledwie 6 tysięcy mieszkańców miasteczko, leżące w Abruzji - jednej z prowincji historycznego Królestwa Neapolu. Położone jest wśród lasów u podnóża góry Majella. Dzieje miasta sięgają epoki cesarstwa rzymskiego. Wczasach średniowiecza często zmieniało właścicieli. Świadectwem różnych, nierzadko dramatycznych, kolei losu, jakie było udziałem miasta, było jego zniszczenie przez Braccia da Montone w 1423 roku.
Manoppello - Volto Santo
Od XVI wieku w Manoppello przechowywany jest Volto Santo - Cudowne Oblicze Jezusa Chrystusa, który, jak głosi miejscowa legenda, trafił do tego zapomnianego zakątka Włoch za sprawą "cudownej interwencji Niebios". Najstarszy dokument potwierdzający obecność w tym mieście bezcennej Chusty pochodzi z 1645 roku. Ojciec kapucyn, Donato da Bomba, opisuje w nim dzieje Volto Santo na przestrzeni ponad stu lat. Na skutek kradzieży i złego przechowywania Chusta uległa w tym czasie poważnym zniszczeniom. Od całkowitego zniszczenia uratował welon doktor Donato Antonio De Fabritiis, który ostatecznie zdecydował się oddać relikwię oo. Kapucynom. W klasztorze "ojciec Clemente da Castelvecchio wyrównał jego postrzępione brzegi, a brat Remigio da Rapino rozpiął płótno na ramach z drewna orzechowego i umieścił je pomiędzy dwiema szybami". Od 1646 roku mieszkańcy Manoppello oraz okolicznych miejscowości oddają część Świętemu Obliczu. Ciekawe wydarzenie miało miejsce na początku XVIII wieku, kiedy to postanowiono oprawić welon w nowe, srebrne ramy. Okazało się, że Cudowne Oblicze znikło i pojawiło się dopiero po ponownym oprawieniu go w stare ramy, co potwierdziło wielu naocznych świadków. W XIX wieku na skutek prześladowań religijnych, jakie dotykały zakon oo. Kapucynów, Cudowny Wizerunek dwukrotnie pozostawał pod opieką ss. Klarysek. Od 1871 roku znowu mogą go zobaczyć wierni. Święty o. Pio, który nigdy nie widział obrazu, nazwał Volto Santo z Manoppello "największym cudem, jaki mamy".

Współczesne "odkrycie" Chusty z Manoppello
Zainteresowanie Volto Santo sprawiło, że w ostatnich latach pojawia się coraz więcej publikacji na ten temat. Szczególna rola w popularyzacji Cudownego Oblicza przypadła niemieckiemu historykowi i dziennikarzowi, Paulowi Baddemu, którego książka "Boskie Oblicze. Całun z Manoppello", wydana później jako "Das gĂśttliche Gesicht" ("Cudowne Oblicze") przybliża dzieje Chusty z Manoppello i obecny stan badań naukowych. Przede wszystkim wskazują one, że wizerunek Jezusa Chrystusa z Chusty z Manoppello jest całkowicie zgodny z wizerunkiem Zbawiciela z Całunu Turyńskiego i Chusty z Oviedo. Co więcej, Oblicze powstało na tkaninie utkanej z morskiego jedwabiu, na której nie można nic namalować, a więc Cudowne Oblicze nie może być dziełem człowieka.
Wszystko to skłania do przyjęcia, że Volto Santo jest autentycznym wizerunkiem Chrystusa. Skąd jednak ten welon się wziął i w jaki sposób trafił do Manoppello? Detektywistyczne zacięcie Paula Badde pozwoliło mu ustalić, że Volto Santo z Manoppello to Chusta św. Weroniki, jedna z największych relikwii chrześcijaństwa, która wraz z Całunem Turyńskim i Chustą z Oviedo okrywała ciało Jezusa Chrystusa w grobie. W ciągu stuleci, przez Jerozolimę i Konstantynopol, relikwia dotarła do Rzymu, gdzie była pokazywana wiernym. Jednak w 1506 roku, podczas prowadzenia prac remontowo-budowlanych przy Bazylice św. Piotra, została skradziona, a świadectwem tego wydarzenia są puste ramy przechowywane w skarbcu Watykanu. To z nich pochodzi, według niektórych hipotez naukowych, kawałek szkła tkwiący w Chuście z Manoppello.
To tylko niektóre z wątków, jakie pojawiają się w niezwykle interesującej książce Paula Baddego, którą można nabyć w Polskim Wydawnictwie Encyklopedycznym: www.polwen.pl
Ps. Jest tam jeszcze galeria zdjęć, stronka warta obejrzenia

Po tym pięknym świadectwie Gagi i ja napiszę o moim spotkaniu z Ojcem Świętym:)..

W trudnych latach osiemdziesiatych, kiedy jeszcze Jan Paweł Wielki był w pełni sił, śmigał na nartach, chodził po górach, pływał na kajakach, ale i w latach, kiedy nas jeszcze oddzielała żelazna kurtyna od "Zgniłego Zachodu" i Polakom trudno było wyjeżdżać za granicę, miałam tę łaskę, że uczestniczyłam w pielgrzymce autokarowej do Rzymu, wraz z moją rodzinką;).
Niewiele pamiętam z tego wyjazdu, poza wrażeniem ogromnego zmęczenia, męczącego upału, autokaru (oczywiście bez klimy) i ganiania od zabytku do zabytku..
Jedynym wyraźnym wspomnieniem z tej pielgrzymki było spotkanie z Ojcem Świętym w Castel Gandolfo, jego letniej rezydencji.

W tamtych latach wszyscy, lub większość przyjeżdżających do Rzymu Polaków otrzymywała zaproszenia na wspólną Mszę św. z papieżem, w Castel Gandolfo i krótkie spotkanie potem.

Pamiętam, że pojechaliśmy bardzo wcześnie rano..Chyba była to 6 rano, kiedy staliśmy przed bramami Castel Gandolfo..drżąc z porannego chłodu i przejęcia.
Wpuszczono nas na dziedziniec, na którym stał ołtarz, a przed nim rzędy krzesełek..
Usiadłyśmy z siostrą w pierwszym rzędzie, tuż przed ołtarzem...bardzo blisko..
Rozpoczęła się Msza św., którą odprawiał Ojciec Święty..Tak niezwykła i taka zwyczajna..
Patrzyłam na Jana Pawła II i miałam wrażenie, że za ołtarzem stoi sam Chrystus..

Po Mszy św. ustawiliśmy się w grupy, w których przyjechaliśmy. Ponieważ byłyśmy z Dagą najmłodsze i w dodatku bliźniaczki identycznie ubrane:), to nas ustawiono z przodu, na środku grupy..Ojciec Święty podszedł to naszej grupy i wszedł między mnie a moją siostrę..Żartował sobie z naszego smarkatego wieku i podobieństwa..Obracał się na wszystkie strony, rozumiejąc potrzebę każdego, by choć kilka słów zamienić, uścisnąć/ pocałować rękę. a ja trwałam przytulona do jego kolan..W koncu objął mnie ramieniem i mocno przytulił do siebie...Potem położył rękę na mojej głowie i zrobił mi znak krzyża na czole, a na koniec, kiedy podnioslam szczęśliwe oczy na niego, napotkałam jego kochane, dobre, uśmiechnięte spojrzenie..Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy..To wszystko mam utrwalone na zdjęciach..:)..

Miłam już w tamtym okresie w Poznaniu możliwość przeżycia wizytacji arcybiskupa Stroby..I tamtą wizytację pamiętam jako zetknięcie z pełnym godności, niedostępnym i budzącym lęk majestatem..
Spotykając się z Janem Pawłem Wielkim - doświadczyłam spotkania ze Świętym Człowiekiem, a tak zwyczajnym, dobrym, normalnym, szczerym - jakbym spotykała się z moim ukochanym, a nie żyjącym już wtedy dziadkiem..

Gdy spotkanie się skończyło, zupełnie straciłam poczucie czasu i przestrzeni..Zamiast kierować sie do wyjścia, zaczęłam iść w stronę muru. Ktoś ujął mnie delikatnie za ramiona i skierował w kierunku wyjścia..
Z Castel Gandolfo pojechaliśmy na zwiedzanie Monte Cassino - z którego nic nie pamiętam..

Wiele już lat minęło od tego spotkania..Potem były spotkania na Pielgrzymkach Papieskich, między innymi w 91r (moja pierwsza pielgrzymka do Częstochowy), w Częstochowie, na wszystkich (podobnie jak Gaga) byłam.. - aż po ostatnie spotkanie z Ojcem Świętym, znów w Rzymie, w czasie Mszy św. kanonizacyjnej (Kanonizacja o.Pio), w 2002r. już z moim mężem..Papież przechodził koło naszego sektora i po raz ostatni miałam okazję ujrzeć go z bliska:) Marcin takze:)

Pontyfikat Jana Pawła II to prawie całe moje życie..Wychowywał mnie, uczył wiary, uczył Kościoła i odcisnął piętno na całym mym życiu, podobnie jak na wszystkich, którzy tworzą pokolenie JPII..

Hmmm czytałem kiedyś opis zachowania się pewnego mnicha tybetańskiego, który ścigany w jednym z miast uciekł z niego przez cztery bramy prowadzące do tego miasta. Znaczy był widziany przez straże jak opuszczał to miasto przez każdą z bram. Inny z kolei mnich złowił sobie na posiłek ryby, po ich przyrządzeniu i skonsumowaniu wpuszczał do wody ogryzione szkielety, które tam zamieniały się natychmiast w ryby. Przed II wojna światową pewien jogin indyjski zarzucał sznur do nieba po czym wspinał się po nim do góry. W tym wypadku znalazł się ktoś kto sfilmował to zdarzenie i okazało się, że jogin stoi sobie najspokojniej na ziemi, obok leżącego sznura, w jakiś sposób wpłynął, na to, że ludzie widzieli co innego niż miało to miejsce w rzeczywistości /obiektywowi i filmowi nie można zasugerować aby rejestrował coś czego nie ma / - to była ewidentna iluzja obojętnie jakimi sposobami osiągnięta.
W przypadku omawianym zarówno ludzie jak i kamera widzą to samo, to znaczy człowieka lewitującego.
Nie jest to pierwszy przypadek, robił to bez problemów nasz jasnowidz Ossowiecki, robił to Ojciec Pio, dokonują tego mnisi Tybetańscy, robił to wreszcie któryś z jasnowidzów na zachodzie, nazwiska teraz nie pamiętam. Wszystkie te przypadki są potwierdzane przez wiarygodnych ludzi, a w niektórych przypadkach są i zdjęcia.

Pytanie jakie należałoby sobie postawić w tej mierze powinno brzmieć:
czy jest dopuszczalnym, aby człowiek obdarzony zdolnościami paranormalnymi czynił z nich użytek w celach zarobkowych, to jest występując jako iluzjonista?

Natomiast sam fakt występowania przed publicznością jako iluzjonisty, nie jest podstawą , przynajmniej dla mnie, do dyskredytowania tych zjawisk.

Co najwyżej może to być przesłanka do zwiększonej ostrożności w ocenie tego co się widzi, nie mniej akurat w tym przypadku zarówno kamera jak i zgromadzeni ludzie widzieli i zarejestrowali to samo.

Gdyby to chodziło tylko o jeden rodzaj zjawiska zwanym lewitacją można by było uznać to za jakąś sztuczkę zdolnego iluzjonisty. Problem polega jednak na tym , że w ostatnim okresie coraz częściej mamy do czynienia z różnymi zjawiskami o charakterze paranormalnym, jest to telekineza, lewitacja, teleportacja, i cały szereg innych zjawisk, lepiej lub gorzej udokumentowanych , nie mniej liczba doniesień o ich występowaniu wskazuje na coś realnego.

Jeżeli wykluczyć przy tym interwencje w to, z tamtej strony / czyli świata duchowego/ to tak czy inaczej pozostaje kwestia tego co na coraz szerszą skalę zaczyna się dziać z naszymi systemami nerwowymi, a w tym i z naszymi mózgami. Nagle możliwości naszych umysłów skokowo się powiększają, a co najdziwniejsze zmierza to w kierunku odkrywania nieznanych nam dotąd praw i zachowań energii. Na naszych oczach odbywa się przemiana w kierunku tego, czego brakuje naszej cywilizacji technicznej. Chodzi mi przy tym o nierównoległość rozwoju technologicznego z duchowym jaki do tej pory miał miejsce, ze szkodą dla nas samych.


Cytat

Ignoti nulla cupido - nieznane nie nęci (nie pragnie się tego, o czego istnieniu nie ma się pojęcia). Owidiusz

Meta